2009-12-07
052 Próbowałam wiele razy, ale słowa nie chciały przychodzić. Pisanie wychodzi mi coraz nieporadniej. Zaczynam czuć się niezręcznie pisząc.
Zdążyło upłynąć więcej niż pół roku od czasu, gdy po raz ostatni odważyłam się opublikować strzępki myśli. Publikacja to śmiesznie nie pasujące słowo. Wyrzucam słowa przez okno, żeby obserwować, jak dryfują w przestrzeni oddalając się ode mnie.
Jestem narcystyczna i chciałabym, żeby zamiast oddalać się, krążyły wokół niczym satelity albo rozchodziły jak kręgi na wodzie, symetryczne i docierające daleko.
To było zaledwie dwa dni temu, kiedy wybraliśmy się na przechadzkę w nieznane i odnaleźliśmy porośnięty drzewami obszar zieleni, który nie był ani parkiem ani lasem, znajdujący się niedaleko mojego nowego mieszkania. Nawet nie zauważyłam opadłych, bladobrązowych liści przykrywających ścieżkę. ale przypominam je sobie teraz, wyraźniejsze niż cokolwiek. Gdzieś pomiędzy drzewami, za ceglanym przejściem pod absurdalnie wysokim przejazdem kolejowym albo ulicą znajdowało się jeziorko. Bardziej snując się niż idąc obeszliśmy je prawie dookoła. Ledwie przesączające się przez chmury słońce chyliło się ku zachodowi, a ziemia i nieliczne ławki były wilgotne po nocnym deszczu. Podeszliśmy do brzegu, przystając na moment. Wrzucałeś patyki do szarawozielonej, spokojnej wody, pokazując mi regularne, przecinające się kręgi. Kontemplowaliśmy prawa fizyki i dzień, który się kończył, krótki i szary jak wszystkie dni pomiędzy jesienią i zimą.
Wybrałam sobie puste, stare mieszkanie na granicy zgiełku miasta i przytłaczającej dzielnicy z ciagnącymi się w nieskończoność ulicami okalonymi długimi, ponurymi budynkami fabryczno-magazynowymi. Jedynymi ludźmi, których napotkaliśmy spacerując wieczorem następnego dnia była kilkuosobowa banda pijanych, głośnych chłopaków w nieokreślonym wieku. Bałam się. Niepokój przyszedł nagle, gdy uświadomiłam sobie, jak bardzo nie pasują oni do wyglądającego na opuszczone miasta, zmroku, słabego światła latarni i zaszronionych szyb zaparkowanych wzdłuż ulicy samochodów. Jak bardzo nie pasują do nas. Byli z innej bajki. Dwadzieścia powrotnych minut bez powodzenia udawałam rozluźnioną i wesołą, próbując przekonać siebie samą, że straszna chwila nigdy się nie zdarzyła. Nic się nie stało. To tylko cieniutka szpilka zimna wbita z nienacka w mózg.
Czuję się nostalgicznie i trochę bezradnie, ponieważ jednocześnie bardzo chcę i bardzo nie chcę wychodzić z domu na basen albo aerobik. Przytłacza mnie wielkie "powinnam". Przypominam sobie słodkawy smak cukru pudru. Koszmarnie tęsknię.
skomentuj (3)
|